Tajemnica czarnych lakierek

Opowiadanie napisane przez mojego męża :

Wiatr delikatnie poruszał firanką. Kołysała się rytmicznie w przód i w tył jak wahadło. Lubił takie noce.

Odstawił kieliszek w którym zostało kilka ostatnich kropel whiskey, a po chwili namysłu zaniósł go do kuchni i wstawił na górną półkę zmywarki. Wrócił do pokoju, rozejrzał się i przestawił fotel. Zawsze był pedantem i nic nie mogło tego zmienić. Nie chciał zostawić po sobie większego bałaganu niż było trzeba, nawet jeśli nigdy już tu nie wróci. Ostatni raz spojrzał na swoje mieszkanie. Spędził w nim wiele lat, być może nawet zbyt wiele. Upewnił się, że drzwi zostały zamknięte na klucz, zapewne minie kilka miesięcy zanim ktoś się zorientuje, że go nie ma. Wracając do salonu gładził ścianę przedpokoju czując opuszkami palców jej delikatnie chropowatą teksturę i chłód betonu. Nie mógł powstrzymać się od dotknięcia futryny z lakierowanego orzecha, ale w końcu dotarł do drzwi balkonowych. Wyszedł na balkon ostatni raz podziwiając panoramę miasta. Upadek z tej wysokości będzie trwał naprawdę długo i nawet trochę cieszył się z tej perspektywy. Cofając się do wnętrza mieszkania rozchylił firanki do końca – przecież nie chciał którejś z nich zahaczyć i pociągnąć za sobą, wyglądałby wtedy jak idiota.

Doszedłszy do końca pokoju wykonał “w tył zwrot” jakiego nie śmiałby wyśmiać najbardziej okrutny kapral musztrujący swoje koty. Dostawił nogę i przez niewielki ułamek sekundy stał jakby w pozycji “na baczność”. Gdy tylko stopa dotknęła miękkiego dywanu stała się punktem odbicia dla pierwszego kroku. Kolejny krok, potem bieg. Już za chwilę będzie po wszystkim. Każde dotknięcie podłoża to wspomnienie. W tym fotelu całował szyję Anny (a miała naprawdę piękną szyję), przy tamtej lampie kochał się z… a cholera wie jak jej było na imię, ale jej piersi pamiętał dobrze. 

Wreszcie osiągnął próg balkonu i ostatnie wspomnienie związane z tym miejscem mignęło mu przed oczami tak szybko, że bardziej przypomniał sobie emocje jakie mu towarzyszyły niż zobaczył tamto wydarzenie. Może to był Nowy Rok? Teraz już za późno. Wybił się wysoko i szczupakiem przeskoczył barierkę. Mijając ją szybko zerknął czy przypadkiem nie przyczepiła się do niego ta nieznośna firana, ale na szczęście zobaczył tylko czerń swoich butów.

Zimne powietrze zaczęło uderzać w jego twarz i zakradać się pod koszulę. Ręce wyciągnął na boki, aby ustabilizować swój lot ku ziemi. Światła miasta, ulica w dole, pojedynczy, maleńcy ludzie, wszędobylskie samochody, niektóre w ruchu, większość zaparkowanych. Spokojnie przyglądał się temu wszystkiemu i chłonął te widoki po raz ostatni. W końcu już nigdy więcej nie skoczy z tego balkonu. Powietrze w okół niego przyspieszało porywając poły jego marynarki. Miał nadzieję, że wytrzyma, bo nie pomyślał wcześniej aby ją zapiąć. Zresztą zapięta czasem przeszkadzała. Równe płyty chodnika zbliżały się coraz szybciej oświetlone pomarańczowym światłem latarnii. Mrugnął i w tym ułamku sekundy znalazł się już ładnych kilka pięter niżej. Chyba osiągnął prędkość graniczną, bo w ogóle nie odczuwał już przyspieszenia. To jeszcze chwila, jeszcze moment. Uśmiechnął się do siebie wiedząc co za chwilę go czeka. Jeszcze sto metrów, jeszcze pięćdziesiąt.

Już!

Rozpostarł swoje nietoperze skrzydła. Gdy je rozkładał poczuł jak rozrywają koszulę, ale na szczęście marynarkę tylko rozchyliły. Trudno, koszula i tak była gówniana. Kupi sobie lepszą. Gdy skrzydła złapały wiatr, zmienił trochę ich kąt ataku i z człekokształtnego kamienia spadającego ku nieświadomej niczego powierzchni ziemi stał się Ikarem, który przehandlował z diabłem anielskie skrzydła z łabędzich piór na rzecz szatańskich skrzydeł nietoperza.

Jeśli ktoś z ludzi przechadzających się chodnikiem pod nim coś poczuł, to najwyżej niespodziewany podmuch wiatru wiejącego z góry. Zanim taki zaskoczony przechodzień spojrzał w górę zbadać co spowodowało taki ruch powietrza jego już dawno tam nie było.

Do wschodu słońca miał jeszcze kilka godzin, do tego czasu zdąży spokojnie przelecieć nad granicą i uwić sobie nowe gniazdko, być może na kilka kolejnych dziesięcioleci, być może krócej jeśli będzie miał pecha. Tylko też musi znaleźć sobie mieszkanie gdzieś wysoko, żeby móc ponownie poczuć ten wiatr na sobie. Trochę to utrudnia powroty z polowania, ale jeśli tylko nie ubrudził się krwią mógł w zasadzie spokojnie wracać windą. 

Trasę zaplanował sobie już dawno temu, w pamięci miał wszystkie mapy, pamiętał każdą drogę i rzekę wzdłuż których miał lecieć. Pamiętał o każdym punkcie obserwacyjnym. O tam, w dole, dokładnie przed sobą widział światła lotniska. W uszach szumiało mu powietrze, coraz głośniej i głośniej.

– Wieża tu lot H1450 chyba właśnie jakiś ptak wpadł nam do silnika. Prosimy o pozwolenie na awaryjne lądowanie na pasie jeden osiem.
– Jest jeden osiem, lądujcie i niech bóg ma was w swojej opiece.
– Przyjąłem. Dzięki. 
A tajemnicy resztek czarnych lakierek w silniku samolotu, który lądował awaryjnie na pobliskim lotnisku, nigdy nie wyjaśniono. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *